Którą dorgę wybrać?

rozterkaMinęło parę dni od mojej ostatniej rozmowy z Bratem a ja nadal nie mogłam sobie tego wszystkiego poukładać w głowie. Myślałam ” Może to dla mnie za dużo? Może już nigdy nie powinnam spotkać się ze starym?” Z drugiej jednak strony czy tak do końca był mi obojętny skoro tyle o tym myślałam? A może myślałam o nim dlatego, że bałam się, że wszystko zacznie się od nowa? Czułam, że zaczynam od tego wszystkiego wariować. Moje rozmyślania przerwał dzwonek telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz…mój Brat. „Cześć. Co tam?” – rzuciłam od razu po odebraniu połączenia. „Wiesz dlaczego dzwonię ” – powiedział twierdząco. Wyczułam zniecierpliwienie w Jego głosie. „Ja, ja…ja jakoś nie mogłam się zebrać w sobie” – odpowiedziałam, jąkając się przy tym. „Siostro, rozmawialiśmy o tym. Nie chcę cię naciskać ale mówiłem ci jak wygląda sytuacja” – dodał. „I może ja mam się teraz nad nim litować? Dlaczego ma mnie obchodzić to co czuje stary, że chce zobaczyć mojego syna? No dlaczego?” – wypaliłam jak z automatu. Po drugiej stronie zapanowała cisza, nic nie mówił. „Ok, sam do niego pojadę” – rzucił mój Brat i się rozłączył. Ryczeć mi się chciało. Jak to możliwe? Tyle razem przeszliśmy. Ojciec zgotował nam piekło na ziemi, całe lata upokarzał nas i mamę a pomimo wszystko mój Brat bronił naszego oprawcy. Nie wiedziałam czy ze mną jest coś nie tak czy to mój brat tak utożsamił się ze swoim oprawcą, którym był jego
(nasz) ojciec, że wystąpił u niego syndrom sztokholmski? „Za dużo filozofujesz”  – pomyślałam.

Za oknem po cichu, niewymuszenie i z wielką lekkością spadł paradoksalnie gęsty i ciężki śnieg. W ciągu chwili świat stał się czysty, biały bez skazy. Trudno było uwierzyć w to, że w tak pięknym i bajkowym świecie ludzie mogą mieć i mają problemy. Trudno było uwierzyć w to, że oto właśnie ja -  szczęśliwa żona i matka, mogę mieć dosyć. Tak bardzo chciałam żeby moje problemy pokryła gruba warstwa białego puchu…NIC  Z TEGO! Kolejny raz moim życiem próbował zawładnąć ON, na swój sposób oczywiście. Nawet gdy próbowałam go wymazać ze swojego życia, nawet gdy o nim nie myślałam i nie rozmawiałam on wracał jak podstępna choroba, która latami zatruwa cały organizm i tylko na jakiś czas odpuszcza aby za chwilę uderzyć ze zdwojoną siłą…”Tak było dobrze, tak wspaniale. Ale w moim życiu zawsze musi się coś spierdolić!!!” – pomyślałam. Nie zliczę już, który raz w życiu to poczułam. Strach. Ucisk w żołądku. Ale tym razem już nie tylko o siebie, mamę czy brata ale o przyszłość mojej rodziny. Rodziny, którą tworzyliśmy, którą się staliśmy wbrew wszystkim i wszystkiemu. „Czy będę kiedyś mogła opowiedzieć ci o twoim dziadku?” – pomyślałam spoglądając na mojego śpiącego syna. „Załatwię to dla ciebie kochanie” – powiedziałam szeptem i pocałowałam go w czoło. Był tak bezpieczny, tak bezbronny. „Nie pozwolę abyś przeżył chociaż ułamek procenta z tego co ja” – dodałam. Zaczęłam czuć jak nabieram nowej, nieznanej mi dotąd siły. „Czy tak czuje się matka, która chce zapewnić bezpieczeństwo dziecku?” – myślałam. „Jak czuła się moja mama, żyjąc z tyranem pod jednym dachem przez całe lata? Co czuła próbując nas chronić” – to były pierwsze momenty w których zaczęłam ją rozumieć jak kobieta…

KAMA

Nie zapomniałam…

Witajcie,

Mam ogromne wyrzuty sumienia, że tak Was wszystkich „zostawiłam”. Mój Synuś jednak postanowił nie dać mamie spokoju od początku roku z chorobami a do tego praca (ciężka praca) życie rodzinne i to około rodzinne. Echhh, znowu by dużo pisać o tym wszystkim. Na pewno zakończę swoją historię. Synuś zaczyna odpuszczać więc jest szansa na chwilę „wolnego” i zajęciem się czymś innym niż tylko pracą i domem…Dziękuję, że jesteście :)

Pozdrawiam ciepło,

 

12.05.2014

Witajcie. Ktoś zadał mi tutaj pytanie czy przeszły mi wyrzuty sumienia, że tak przestałam pisać. Otóż,nie nie przeszły. Niestety w moim życiu ostatnio bardzo dużo się dzieje. Zmarła moja Babcia i muszę się zająć moją Mamą. Dom, dziecko, praca…Muszę się w tym wszystkim odnaleźć. Obecnie wszystko jest na mojej głowie. Zamierzam dokończyć swoją historię. Kiedy? Nie wiem. Jak tylko będzie to możliwe….Pozdrawiam serdecznie

 

KAMA

Dziękuję i ślę życzenia

Witam Wszystkich Serdecznie.

Dziękuję za życzenia Świąteczne. Ja mimo iż już jest po, również ślę wszystkim życzenia spokoju i radości. Na Nowy Rok, życzę wszystkim i każdemu z osobna dużo miłości, ciepła, zrozumienia dla drugiego człowieka. A przede wszystkim wytrwałości w dążeniu do postawionych sobie celów i w konsekwencji ich osiągnięcia :) Już niebawem zacznę znowu pisać a w związku z małym „przestojem” w spisywaniu swej opowieści proszę o tę wyrozumiałość, właśnie :) Gorąco Was pozdrawiam.

KAMA

Mój Wielki Brat

Nie skakałam pod sufit z powodu jej śmieci. Nie zalałam się łzami. Nie czułam, żadnych emocji. Dlaczego? Nie wiem. Trochę martwił mnie ich brak. „Możesz być zadowolona” – myślałam. Ale nie byłam. To wszystko było jakieś poplątane. Miałam taki odruch aby zadzwonić do starego i złożyć mu chociaż kondolencje. Od dnia w którym dowiedziałam się o jej śmierci do dnia pogrzebu, praktycznie codziennie, nosiłam się z tym zamiarem, nigdy tego nie zrobiłam. Sama nie wiem czy to dobrze czy źle. I do dziś nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie. Chyba zbyt wiele urazy nosiłam w sobie przez te lata, nie dumy ale zwyczajnie strachu, bólu, urazy w jednym. Czy jej wybaczyłam? Trudne pytanie.

Nie pojechałam na jej pogrzeb, nie chciałam w tym uczestniczyć. Doszły mnie później słuchy, że co niektórzy znajomi, wspaniałej dwójki byli mocno zdziwieni, brakiem mojej obecności. Nie chciałam tam jechać…W swoich oczach byłaby totalną hipokrytką. Z jednej strony jej nienawidziłam a z drugiej miałam ją żegnać w żałobie? O nie! Zawsze starałam się być wierna swoim przekonaniom i zasadom.Tak było i w tym przypadku.

Na pogrzeb wybrał się mój Brat. Chyba bardziej z ciekawości. Po obrzędzie, natychmiast do mnie przyjechał. „Siostro, ze starym jest bardzo źle” – powiedział. „To znaczy?” – zapytałam Go zupełnie bez emocji. „Ma problemy z chodzeniem. Z kaplicy na miejsce pochówku był wieziony samochodem” – kontynuował. Nie mówiłam nic, tylko słuchałam. „Sprzedał dom i mieszka gdzieś na ogródkach działkowych” – mówił a ja robiłam coraz większe oczy. „Rozmawiałem z nim i mówił, że nie ma wyjścia bo miał długi” – tu przerwał. „I?” – zapytałam zniecierpliwiona. „On wie, że masz dziecko” – powiedział nieśmiało. Poczułam jak robi mi się niedobrze. Pomyślałam, że teraz się dopiero zacznie. Kiedyś, lata temu, stary groził, że jeśli jej coś się stanie to nam tego nie daruje. Nie wiem co siedziało w umyśle, tego bądź co bądź, chorego człowieka. I nie tylko fizycznie, chorego. Mój Brat kontynuował. „Chciał, żebym mu pokazał zdjęcie Małego. Nie zrobiłem tego, powiedziałem, że nie mam przy sobie. Siostro ja wiem jak było ale może teraz po jej śmierci. Może teraz moglibyśmy wszyscy porozmawiać ze spokojem” – skończył a ja przyglądałam mu się przez chwilę, nie wiedząc co mam odpowiedzieć. Z dzieciaka wyrósł na porządnego i wspaniałego mężczyznę o wielkim sercu i ogromnej empatii. „Nie wiem czy jestem na to gotowa. Muszę się zastanowić” – odpowiedziałam. „Chciałbym do niego jechać, córka Elki na pogrzebie mówiła mi, że stary żyje w złych warunkach a że ma problem z chodzeniem i nie wychodzi nawet do sklepu. Podobno z tych działek ciężko jest dojść gdziekolwiek”  – powiedział to tak jakby nie słyszał co do niego przed chwilą powiedziałam. „Wiesz, że nie jesteś mu nic winny? ” – zapytałam. „Tak, wiem” – odparł krótko. I patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, zielonymi oczami. „Dobrze, już dobrze. Muszę nabrać trochę dystansu. Koniec przyszłego tygodnia, może być?” – zapytałam. Uśmiechnął się lekko. Nigdy nie miał ojca i mimo, że był już dorosłym mężczyzną chyba mu go cały czas brakowało. Może liczył na to, że teraz po jej śmierci, będzie inaczej. Zgodziłam się jechać do starego dla mojego brata. „Zadzwonisz do niego? Cały czas o ciebie pytał” – rzucił mój Brat na koniec. „Daj mi parę dni. Proszę” – pokiwał głową. Rozumiał to wszystko, wiedział jak było a mimo wszystko chciał abyśmy dali ojcu jeszcze jedną, być może ostatnią szansę…

KAMA

Nasze Szczęście

Stary mówił a raczej dukał a ja wsłuchiwałam się w jego głos i myślałam tylko, „Skąd on ma ten numer telefonu?” – wiedziałam, że miał jakieś dobre dojście do informacji o mnie ale do mojego numeru telefonu? „Skąd?”. Weszłam do kuchni, mocno przyciskając słuchawkę do ucha, tak bardzo zachciało mi się palić. Z nerwów? Nie wiem. Na szczęście w domu nie było ani jednej fajki. W końcu byłam w ciąży i rzuciłam od razu jak się o tym fakcie dowiedziałam. Ale w tym konkretnym momencie gdybym miała możliwość pewnie bym zapaliła. Choć pewnie miałabym ogromne wyrzuty sumienia.

Stary był pijany, czyli nic nowego. „Nie tak miało być…ja…ja…ja” – przerywał co chwilę. Nie krzyczał na mnie, nie ubliżał mi, toteż się nie rozłączałam. Nie wiedział, że jestem w ciąży a może z racji swego stanu w którym się znajdował, zapomniał. Mamrotał coś o przeszłości. Mówił, że nigdy o nas nie walczył. Co było zgodne z prawdą. Ale czy to miało jakieś znaczenie? Dla mnie teraz po latach? Nigdy nie powiedział mi nic miłego. Zawsze tylko coś mi zarzucał albo obrażał i tak na zmianę.

Posłuchałam jeszcze trochę i nic nie mówiąc, rozłączyłam się. Siedziałam do rana w kuchni, gapiąc się przez okno. Stary nie zadzwonił więcej. Tomek martwił się o mnie i o Dziecko. Parę dni chodziłam trochę przygnębiona. Miałam totalny mętlik w głowie. Przecież to był mój (nasz) czas. A po raz kolejny, stary pojawiał się w moim życiu, zupełnie o to nie proszony. Mój Brat, powiedział, że załatwi tą sprawę ze starym i że mam się nie martwić,mam tylko myśleć o sobie i Maleństwie. Poczułam takie ciepło w sercu, „Mój mały Braciszek” – pomyślałam. „Teraz on dbał o mnie”. Uśmiechałam się do tych myśli.

Faktycznie od momentu w którym mój Brat obiecał mi spokój, tak było. Do dzisiaj nie zapytałam Go co wtedy zrobił…czy był  u starego, czy tylko do niego zadzwonił. Nie wiem, nie chciałam wiedzieć. Krótko przed rozwiązaniem, wprowadziliśmy się do naszego małego domku. Na betony, nic w nim nie mieliśmy ale byliśmy tak szczęśliwi. Było nam tak dobrze. Byliśmy otoczeni ludźmi na których mogliśmy polegać, którzy szczerze nas kochali a my to odwzajemnialiśmy.

Synuś urodził się zdrowy i oczywiście (jak dla każdej mamy) najpiękniejszy na świecie. Nasze życie wywróciło się do góry nogami. Mały Człowieczek, który pojawił się w naszym życiu totalnie zawładnął naszymi sercami. Patrzyłam na Niego gdy spał i zastanawiałam się jak można czuć nienawiść do swojego dziecka. Do najcudowniejszej Istoty na świecie, zrodzonej z miłości. Wiem, że kiedyś moich rodziców też łączyła miłość. Dlatego tym trudniej było mi to zrozumieć. Może łatwiej by mi było gdybym była owocem przygodnego seksu…no cóż. Wiedziałam, że nasz Syn będzie miał dobry ciepły dom w którym żyje się w poszanowaniu i z miłością do drugiej osoby. Wiedziałam, że zawsze będę dbała o to i pracowała na to, żeby moje Dziecko mnie (nas) szanowało. Teraz jako matka, wiem, że każdy rodzic, musi na miłość i zaufanie dziecka, ciężko pracować. Nie wystarczy zrobić i urodzić…

Czas płynął nieubłaganie z miesiąca na miesiąc nasze Dzieciątko dawało nam coraz więcej radości. Choć były i chwile w których dawał nam się we znaki :) Ale w konsekwencji i tak plusy przysłaniają wszystkie minusy. Zbliżały się pierwsze urodziny naszego Dziecka, wtedy to pierwszy raz od bardzo długiego czasu, pomyślałam o starym. Pierwszy raz „od wieków”, pomyślałam tak po ludzku, „Co się z nim dzieje? Jak się czuje. Nawet nie widział swojego Wnuka?”. Myśl ta jakoś dziwnie mnie prześladowała, zastanawiałam się nad tym, co by powiedział ojciec gdyby zobaczył, choć zdjęcie swojego Wnuka. Nie starczyło mi odwagi aby to sprawdzać. Za bardzo bałam się o spokój swój i swojej rodziny. A może po prostu byłam tchórzem? Siedzieliśmy z Tomkiem pewnego wieczoru przed telewizorem gdy zadzwonił mój telefon, dzwonił mój Brat, odebrałam. „Siostro, kochanica starego nie żyje” – usłyszałam.

KAMA

I byłoby pięknie…

Czas płynął. Moje życie zaczęło nabierać kolorowych barw, wszystko wydawało się takie banalnie proste i przyjemne. Zmieniliśmy z Tomkiem mieszkanie, wrócił już zza granicy. Mój brat tez był na miejscu a mama, choć dzieliła nas duża odległość, była bezpieczna i spokojna. Nie miała zmartwień, poza tymi prozaicznymi, codziennymi, związanymi z pomaganiem babci i prowadzeniem domu. Mama czuła się w tej roli jak ryba jak w wodzie. Powoli zaczęłam się już przyzwyczajać do życia, które teraz wiedliśmy. Było ono tak dalekie od mojej przeszłości. Bardzo mnie to cieszyło. Postanowiliśmy z Tomkiem, że nie będziemy kupować mieszkania, poszliśmy dalej, postanowiliśmy zrobić wszystko aby wybudować, domek. Celowo piszę domek, bo miał on być mały ale nasz. Bardzo nas to wszystko pochłonęło. W ogóle nie myślałam o starym, zmieniłam numer telefonu i żyłam, życiem swoim i swojej najbliższej i najdroższej rodziny.

Skończyłam studia, co nie ukrywam było jednym z moich marzeń. Stary zawsze mówił, że maks na co mnie stać to „kasa w mięsnym”. Choć nigdy nie rozumiałam co złego jest w takiej pracy? Był czas gdy zmuszona byłam myć chłodnie i stać „na” kasie, czy wykładać towar na półkach. Takie życie…Żeby żyć samodzielnie, trzeba było pracować.  Przez całe lata nie miałam pracy ani lekkiej ani łatwej ani nawet choć trochę przyjemnej. Tak naprawdę zaczęłam pracować nie mając piętnastu, jeszcze lat. Ale to jest raczej temat na osobną historię. Tak czy inaczej, ojciec zawsze próbował mi wmówić, że nigdy w życiu nic nie osiągnę. Pewnie marzył abym skończyła tak jak on. Ja jednak miałam cele do których uparcie i z mozołem dążyłam. A że nie dało się ich zrealizować od razu? Na to potrzeba czasu…Gdy patrzyłam na swój ukochany i wymarzony dyplom, chciałam mu wysłać kopie. Szybko jednak z tego pomysłu zrezygnowałam, „Nie bądź taka jak on, nie bądź złośliwa” – myślałam. I tak po jakimś czasie z tego co wiem, dowiedział się o moim sukcesie.

W ferworze „walki”, planowań i przygotowań, zupełnie cichutko i tak delikatnie w atmosferze miłości i wspólnego szacunku, dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami. Chyba nikt nie był tak szczęśliwy w tym czasie jak my. Moje marzenia o normalności zaczęły się spełniać. Były namacalne i rzeczywiste. Byłam równocześnie szczęśliwa i przerażona tym, że mi, że nam się udaje. Dom rósł, ja rosłam :) Wszystko było na miejscu.

To była kolejna spokojnie przespana noc, byłam w piątym miesiącu ciąży, gdy obudził mnie dźwięk telefonu. Nieprzytomna usiadłam na łóżku, Tomek też się przebudzi. „To mój. Śpij.” – powiedziałam do niego. Telefon nie przestawał dzwonić. Doczłapałam się do ławy, spojrzałam na wyświetlacz, jakiś nieznany numer. „O tej godzinie?” – pomyślałam. Było grubo po północy. „Halo” – odebrałam w końcu i powiedziałam zaspanym głosem. Cisza. „Halo” – powtórzyłam. Już chciałam się rozłączyć gdy nagle usłyszałam głos, którego bałam się przez większość swojego życia. „Nie” – jęknęłam i nie byłam w stanie już nic więcej powiedzieć…

Kilka słów

Dziękuję wszystkim za komentarze i te dobre i te złe. Absolutnie nie jest mi przykro z powodu tych złych. Zbyt dużo przeżyłam aby mogło mnie to zmartwić. Z resztą przez całe swoje dotychczasowe życie, nauczyłam się paru bardzo ważnych rzeczy, min. takiej, że skrzywdzić mnie mogą, bądź zranić, w jakikolwiek sposób ludzie, którzy coś dla mnie znaczą. Komentarze typu, że nie znam ortografii, czy mam beznadziejny styl pisania…nie robią na mnie wrażenia i chyba nie warto się nad tym pochylać. Osoby, które piszą, że mam bujną wyobraźnię i to się nigdy nie wydarzyło, mają dużo szczęścia, bo zapewne wychowywały się w dobrych ciepłych domach i nigdy, tak naprawdę, nie musiały o nic walczyć. Toteż wydaje im się, że to moja fantazja..i niech tak będzie. Opisuję swoją przeszłość, to co się w niej wydarzyło. Piszę o tym,  jak ciężko czasami jest człowiekowi walczyć gdy brakuje już sił. Co można poświęcić dla swojej rodziny i jak trudnych i ważnych wyborów trzeba czasami dokonywać. Historia mojego życia wcale nie jest czymś wyjątkowym czy niesamowitym. Jest wiele osób, które zapewne przeżyły coś gorszego ale nie o licytowanie się tutaj chodzi. To jest moja historia, mojego życia. Po prostu moje „życiowe zmagania”…Dziękuję i pozdrawiam,

KAMA

Może być normalnie

Tyle razy stary dawał mi do zrozumienia, że nic nie znaczę. Całe moje dotychczasowe życie byłam dla niego nikim. Ostatnie wydarzenia uświadomiły mi po raz kolejny, że nie mam na co liczyć. I, że jego podejście do mnie, nigdy się nie zmieni. Tego dnia gdy po raz pierwszy, nie tylko psychicznie ale i fizycznie okazał mi całą swoją nienawiść, rzucając we mnie kamieniem, obiecałam sobie, że już nigdy się do niego nie odezwę, że nigdy nie dopuszczę do sytuacji aby zbliżył się do mnie bądź do mojej rodziny.

Po kilku miesiącach mama wyszła ze szpitala, trochę podleczona w dużo lepszym stanie psychicznym. I w moim przekonaniu z perspektywą na lepszą przyszłość o której dotychczas, jak mi się wydawało w ogóle nie myślała. Cieszyłam się, że już jest „po”. Pomagali jej tam ale nie było to miejsce dla niej. Musiała zacząć zwykłe, prozaiczne i nudne życie z nami. Pomyślałam sobie wtedy, że teraz już musi być dobrze, że w końcu w moim życiu musi się zacząć normalnie dziać. Wspólnie z mamą podjęliśmy decyzję, że zamieszka ona u babci. Było to rozwiązanie idealne gdyż babcia mieszkała bardzo daleko. Nic tam mamie nie groziło. Zerwała wszystkie znajomości, zaczęła zapominać o starym. Poprosiłam ją kiedyś, „Mamo, spróbuj pomyśleć, że on umarł lata temu, że go nie ma”. „Próbuję. Bardzo próbuję. Nie jest to łatwe po tym wszystkim” – odparła tylko. Nadal chodziła do specjalisty i brała leki. Ale za każdym razem jak do niej dzwoniłam byłam pewna, że zaczyna dochodzić do siebie. Najpiękniejszym momentem były pewne święta. Postanowiliśmy wszyscy jechać do mamy i do babci. Z racji odległości nie widziałam mamy parę miesięcy, rozmawiałyśmy tylko przez telefon. To co zobaczyłam jak weszłam do domu mojej babci, spowodowało, że z oczu popłynęły mi łzy wzruszenia. Mama witała naszą trójkę (mnie, Tomka i mojego Brata) w drzwiach. Przytyła na buzi, jej cera była promienna i taka radosna. Oczy jej błyszczały, jak małemu dziecku. Nie pamiętam mamy tak szczęśliwej. Te dni były jednymi z najpiękniejszych od dłuższego czasu. Poczułam niesamowitą ulgę i ciepło. Dom babci nie jest duży, toteż ja zajęłam pokój z mamą, przypomniała mi się wówczas sytuacja kiedy to znalazłam mamę i tę noc w której tak niespokojnie spała. Teraz leżałam i nasłuchiwałam, tak jak wtedy, jak śpi, jak oddycha. Teraz było to tak spokojne, tak przyjemne, że zasypiając, uśmiechałam się do siebie. Kolejne dni, były równie wspaniałe jak początek. Nikt z nas nie wspomniał nawet słowem o starym oraz jego kochanicy. Tak jakby ich nigdy nie było, jakby nie istnieli.

Pod koniec naszego pobytu u babci i mamy, przyszedł do mnie sms. Spojrzałam na telefon, stary. „Czego on chce? Nie może odpuścić?” – myślałam, poczułam niesamowite gorąco, znajome uczucie niepokoju wróciło. „Nie pozwolę mu!” – myślałam w duchu. Tomek wiedział, że coś jest nie tak ale ja tylko pokręciłam głową, dając mu do zrozumienia, że ma o nic nie pytać, nie teraz, nie w tym miejscu, nie przy mamie. Odebrałam wiadomość, były to zwykłe życzenia świąteczne, nic więcej. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć…Do głowy przychodziła mi tylko jedna myśl, „Kolejne zagranie starego, które musi do czegoś prowadzić. Na pewno do czegoś złego”. Jak bardzo człowiek musi zostać skrzywdzony i znienawidzony przez swojego rodzica aby upatrywać podstępu w świątecznych życzeniach? Zastanawiałam się nad tym kiedyś. Odpowiedziałam sobie sama, na pewno bardzo. Stary pomimo swojego znakomitego wywiadu, prawie zawsze wszystko wiedział, nie wiedział gdzie jest mama i nie zamierzaliśmy tego zmieniać. Nie odpisałam mu na tego sms`a, choć zapewne grzeczność by tego nakazywała. Postanowiłam po powrocie do domu zmienić numer telefonu, może pracę i mieszkanie. Wystraszyłam się, żeby moja, bądź co bądź, ucieczka przed nim, nie przerodziła się w obsesję. Przecież nie mogłam mu dać tej satysfakcji….

KAMA

Kolejny podstęp….

Siedziałam w samochodzie i przyglądałam się temu co zostało z mojego rodzinnego domu. W jednej chwili powróciły wszystkie traumatyczne wspomnienia i znajomy ucisk w żołądku. Byłam już bądź co bądź dorosła a czułam się jak mała dziewczynka, która boi się taty. Nie chciałam wysiadać na zewnątrz i to nie ze względu na pogodę, która była paskudna. Ciemne chmury spowijały niebo, które latem raczyło nas swym błękitem. Z kłębów szarego i wręcz granatowego puchu, który wisiał gdzieś wysoko nade mną padał nieprzyjemny, dżdżysty deszcz. Wyłączyłam wycieraczki i próbowałam zebrać myśli. W jednej chwili krajobraz przede mną rozmył się w dziwne figury bez konkretnego kształtu z moich oczu popłynęły, zupełnie bezwiednie, łzy. „To mogło wyglądać inaczej” – pomyślałam. „Ale nie wygląda” – powiedziałam już na głos.

Dom w którym mieszkałam jako dziecko nigdy nie był piękny. Nie był jak z filmów, biały z zieloną trawą dookoła, ładnym gankiem i prostym, pomalowanym płotem. Daleki był od ideału bezpiecznego i przyjemnego miejsca. Jednak nigdy nie wyglądał tak tragicznie jak teraz. Wysiadłam z samochodu i nie mogłam się ruszyć do przodu, stałam tak zastanawiając się co się tu wydarzyło. Ogród był obrazem nędzy i rozpaczy. Cały czas stały tam ich graty, które przywieźli tu w trakcie swojej przeprowadzki. Częściowo były przykryte jakąś folią, którą z kolei pokrywała gruba warstwa mokrych liści i wody. Te rzeczy, które wystawione były bezpośrednio na deszcz aż się rozłaziły. Napęczniałe od wody taborety, przemoczone stare fotele. Dokoła tego syfu leżały stare buty, klapki, masa kabli, przewodów. Obraz nędzy i rozpaczy. Płot z jednej strony już nie istniał. To dlatego ich pies przywiązany był na łańcuchu do poręczy ganku. A może dlatego, że nie chcieli nieproszonych gości? Nie wiem. Żal mi było psiaka, nie miał nawet budy, żeby się schronić przed padającym deszczem i wiejącym wiatrem. Na furtce i bramie wisiał łańcuch zapięty na dwie pokaźnie duże kłódki. Furtka nie miała już klamki, tylko dziurę, zamiast niej. Wszystko było pordzewiałe, dawno już nie odnawiane. Bo i kto miał o to dbać? Już prawie dotknęłam dzwonka gdy zorientowałam się, że coś w nim iskrzy. Przeraziłam się, „to” było pod prądem! Poczułam ulgę gdy cofnęłam rękę. W tej chwili zauważył mnie owy psiak, który dotychczas leżał skulony obok schodów. Ruszył w moją stronę ale łańcuch do którego był przypięty, skutecznie powstrzymał go przed atakiem na mnie. I tak się wystraszyłam. Prawie równo ze szczekaniem psa zauważyłam przesuwającą się firankę w jednym z okien. Postałam chwilę przed furtką, otworzyły się drzwi w nich stał mój stary. Przez padający deszcz nie słyszałam co krzyczy ale chyba uciszał psa. Nie śpiesząc się podszedł do furtki, mocno utykał. „No nareszcie” – powiedział gdy już doszedł. Pogrzebał przy kłódce, furta zaskrzypiała złowieszczo a ja nie śpiesząc się weszłam na ogród. Odruchowo spojrzałam w tył, zastanawiając się przez chwilę czy uda mi się stąd wyjść. Szłam krótką alejką do drzwi. Alejką, która kiedyś była ładnie wybetonowana. Teraz nie został po mniej nawet ślad. Popękany beton i masa dziur, świadczyła o tym, że i o nią nikt przez ten czas nie dbał, co więcej ktoś chyba chciał ją zmienić, rozwalając ją a później nie kończąc pracy. Dochodząc do domu szłam praktycznie pod ścianą tak aby uchronić się przed atakiem rozwścieczonego już psa. Był naprawdę brzydki, chudy na wysokich łapach. A może po prostu, jak wszystko w tym mrocznym klimacie zapomniane, niechciane, porzucone…jest to jest. Spojrzałam w kierunku ojca, na jego twarzy gościł wykrzywiony uśmiech. Ze ścian domu, tynk odpadał płatami co mogło świadczyć o tym, że w domu panuje jeszcze większa wilgoć niż kiedyś. „Kiedyś to wszystko się rozpadnie” – pomyślałam przez chwilę.

Gestem zaprosił mnie do swojego domu a raczej tego co z niego zostało. Ledwo przekroczyłam jego próg, mój nos uderzył, kwaśny odór kocich odchodów. Poczułam jak żołądek cofa mi się do gardła, chciałam wybiec aby złapać choć trochę świeżego powietrza ale w tej samej chwili stary poluzował łańcuch do którego przytwierdzona była bestia. Wybrałam smród, bojąc się, że narażę się na rozszarpanie przez tego dzikusa. Poczułam jak kręci mi się w głowie. W domu panował półmrok. W oknach szczelnie pozasłanianie wisiały, zakurzone, stare i przesiąknięte smrodem fajek ciemne zasłony, które tylko dodawały mroczności temu miejscu. Między moimi nogami przebiegł kot, którego naprawdę się wystraszyłam. Obecność sierściucha tłumaczyła panujący tu smród. Ojciec delikatnie puknął mnie w plecy palcem, druga ręką wskazując abym weszła do pokoju. Wejście z korytarza do dużego pokoju oddzielały drzwi w których niegdyś była żółta szyba z grubego szkła. W tej chwili w drzwiach był szary, poplamiony karton. Były przymknięte więc delikatnie je popchnęłam, nie stawiały oporu. W pokoju na fotelu, przed telewizorem siedziała ona. Wyglądała jeszcze gorzej niż wtedy kiedy widziałam ją ostatnio. Mimo, że się nie ruszała, tylko siedział to dziwnie sapała. Spojrzała na mnie swoim zamglonym i tępym wzrokiem. „Noooo, księżniczka przyjechała” – powiedziała. Ale raczej było to skierowane do starego. Oczywiście nie liczyłam na „miło cię widzieć” itd, zwykłe „cześć” by wystarczyło, raczej i to wykraczało mocno poza jej „kulturę” o ile o jakiejkolwiek można tu w ogóle mówić. „Siadaj” – prawie rozkazująco zrzucił stary. Telewizor był włączony dość głośno, toteż wszyscy mówiliśmy podniesionym głosem.

„O co chodzi z tym komornikiem?” – zapytałam. „Nie interesuje cię jak się czujemy?” – rzucił nagle ojciec. „Nie” – odparłam machinalnie i było to zgodne z prawdą. „Jestem bardzo chory i potrzebuję pomocy” – kontynuował tak jakby nie słyszał tego co przed chwilą powiedziałam. „Nie interesuje mnie to” – powtórzyłam głośniej. „Pozwę cię o alimenty” – zagroził a jego oczy już i tak małe, zwężyły się jeszcze bardziej. Czułam ten jad, tą nienawiść. Chyba nigdy nie przyzwyczaiłam się do tego, że rodzic może tak nienawidzić swoje dziecko. Udając, że w ogóle mnie to nie obchodzi, powiedziałam „Przyjechałam bo mówiłeś coś o komorniku”. „Niczego ci nie powiem. Taka jesteś głupia to tak masz. Jak twoja matka” – skończył i zaśmiał się. Ale był to już raczej śmiech przez łzy. Chyba zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że nic mnie mnie nie obchodzi jego chora osoba, że się go nie boję. W tym momencie włączyła się ona. „Kretynko, nie powiemy ci nic o tym komorniku dopóki nam nie pomożesz” – chyba wydawało jej się, że w końcu się złamie, że może się wystraszę…Poczułam się jakoś dziwnie silna, pomyślałam, że mnie tu chyba nie zabiją jak pójdę w zaparte. O dziwo, nie byli pijani, więc istniała duża szansa na to, że wyjdę z tego w jednym kawałku. „Oboje dajcie mi spokój, mam  już dość waszego pieprzenia. Dajecie te namiary czy nie?” – powiedziałam, wstając z zasyfiałego fotela. „Nie” – odpowiedzieli prawie równocześnie. „Zatem nie mamy o czym rozmawiać” – chciałam wyjść ale przypomniałam sobie o bestii za drzwiami. „Możesz przytrzymać tego psa?” – zapytałam. Nie powiedziałam „tato”, było mi z tym dobrze, bardzo dobrze. Stary uśmiechnął się triumfalnie, „nie” – odpowiedział. „Sama sobie radź”. Stałam parę sekund nieruchomo, po czym bez słowa sięgnęłam po telefon. Widziałam w ich oczach znaki zapytania. Odsunęłam telefon od ucha. „Poradzę sobie, dzwonię na policję” – rzuciłam prawie z uśmiechem. „Wypuść tą sukę” – rzuciła jego kochanica wpatrując się już w telewizor. Na dworze uderzył mnie przyjemny zapach świeżego, mokrego powietrza. Nie odwracając się w kierunku domu ruszyłam do furtki, prawie jej dotykałam gdy poczułam dość silny ból w okolicach łopatek, równo z bólem usłyszałam jak coś upada obok mnie z łomotem. Z trudem obróciłam się w kierunku ojca, stał tam z twarzą całą czerwoną ze złości, pod moimi nogami leżał kamień. W pierwszej chwili miałam odruch aby go chwycić i odrzucić. Ale co by to dało? „Agresja, rodzi agresję” – pomyślałam. Pomimo lekkiego bólu uśmiechnęłam się i pokręciłam głową. Myślę, że to co w tej chwili zrobiłam, nie stosując odwrotu, jeszcze bardziej go rozsierdziło niż mój potencjalny atak na jego żałosną osobę.  Poczłapałam do samochodu, usiadłam za kierownicą i odjechałam jak tylko szybko mogłam z tego przeklętego miejsca.  Zatrzymałam się parę ulic dalej, zaparkowałam na parkingu pod lasem. I rozpłakałam się jak dziecko….

KAMA

Powrót do pisania

Kochani,

Chciałabym Wam wszystkim i każdemu z osobna podziękować za życzenia powrotu do zdrowia, za zaproszenia na kawę (chętnie :) ) oraz za ofiarowanie pomocy. JESTEŚCIE WIELCY !!!!! Nawet nie wiecie ile siły człowiekowi może dać TAKIE wsparcie! A teraz kilka słów o tym co się działo. Ale muszę zacząć od początku.

W maju tego roku trafiłam do szpitala z podejrzeniem uwięźniętej przepukliny, lekarz na ostrym dyżurze stwierdził, że ten stan zagraża mojemu życiu i podjął decyzję o natychmiastowej operacji. Dzień później okazało się, że faktycznie mogłam zejść. Jednak uratowali mnie i wszystko zakończyło się (niby) sukcesem. Po operacji długo się męczyłam, bolało i bolało. Ale podobno tak miało być. W lipcu z zakażeniem organizmu (kolejna historia, która mogła zakończyć się dramatem)  do szpitala trafił mój Synuś. Mamą nie muszę tłumaczyć jak bezbronne, biedne i potrzebujące są chore maluchy, zwłaszcza jeśli są operowane, podłączone do kroplówki i faszerowane zastrzykami…Echh. W tym lipcu właśnie musiałam bardzo dużo nosić Synusia – co tylko pogarszało mój stan zdrowia. I tak było coraz gorzej. Na początku października okazało się, że ból jest nie do wytrzymania. Oczywiście trafiłam na ostry dyżur. Lekarz, który mnie przyjmował zrobił tylko duże oczy i posłał po innego lekarza. Łącznie przez 1,5 doby diagnozowało mnie sześciu lekarzy. Zebrało się konsylium. Zrobili mi tonę badań i super-hiper nowoczesne usg na którym to pani operatorka widziała tylko jakiegoś guza!!! Masakra!!! Koniec, końców podjęli decyzję o konieczności cięcia. Nie miałam wyjścia musiałam się zgodzić. Po operacji okazało się, że siatka, którą mi wszyli, odkleiła się i leżała sobie tam w środku jak ciało obce….Uffff.

Wyszłam ze szpitala, dochodziłam do siebie a tu wielkimi krokami zbliżała się operacja Syńca (tym razem już planowana)…..

Zatem jak sami widzicie październik był baaaaardzo ciężkim miesiącem. Ba! cały rok nie jest fraszką. Ale dość biadolenia :) Głowa do góry! W końcu musi być dobrze.

Zatem obiecuję, że ruszam z dalszym pisaniem od 12.11.2013 r :)

Mam nadzieję, że nadal ze mną jesteście i będziecie :)

KAMA